Donna Tartt – „Szczygieł”

Jak daleko można się posunąć, by oszukać los?377171-352x500

Theo Decker cudem udaje się przeżyć wybuch. W irracjonalnym odruchu wykrada z ruin muzeum niewielki obraz. Ulubiony obraz matki, którą stracił w zamachu.

Szczygieł, pilnie strzeżony symbol bezpowrotnie utraconego życia, będzie towarzyszył Theo w nieustającej podróży: od ekskluzywnych apartamentów przy Park Avenue po rozpustę półświatka w Las Vegas. Z podupadającego nowojorskiego antykwariatu po ciemne zakątki Amsterdamu. Obraz, który początkowo jest dla Theo bezcennym skarbem, z czasem sprowadzi na niego śmiertelne niebezpieczeństwo.

Miss Attitude:

Przyznam, że bałam się tej powieści. Jej objętości, entuzjastycznych recenzji, tego, co w niej znajdę i czy się nie rozczaruję. Już od pierwszych słów zrozumiałam jednak, że Donna Tartt do mnie trafia i lektura tej powieści będzie przyjemnością. 

Sczerze mówiąc nie wiem, czy mogę wypowiadać się na temat tej powieści, ponieważ jestem jeszcze w trakcie lektury. Do tej pory zdążyłam jednak zauważyć, że jest ona pełna osobistych przeżyć dojrzewającego, bardzo samotnego człowieka. Jego historia wydaje się intrygująca i z pewnością naznaczona traumatycznymi wydarzeniami.

„- Ludzie umierają, jasna sprawa – mówiła mama. – Ale to, że tracimy przedmioty, to takie bolesne i niepotrzebne. Przez zwykłe niedbalstwo. Pożary, wojny. Magazyn z prochem w Partenonie. Rzeczywiście cudem jest każda rzecz, którą udaje się ocalić z przeszłości. „

Przebija z kart powieści przywiązanie do przedmiotów z duszą, graniczące wręcz z obsesją. Nie można jednoznacznie jednak stwierdzić o czym jest ta książka. Trzeba się w nią „wgryźć”, czytać nieśpiesznie, by zauważyć i docenić kunszt literacki autorki. 

Wracam do lektury, jednak na tę chwilę jest to dla mnie 8/10. 

Lolanta:

„Ten maluszek, powiedział Boris w samochodzie w drodze do Antwerpii. Wiesz, że malarz go widział – nie malował go z głowy? Żył naprawdę, przykuty tam łańcuszkiem do ściany. Gdybym go zobaczył wśród kilkunastu innych ptaków tego samego rodzaju, wskazałbym go bez problemu. I ma rację. Ja też. I gdybym mógł cofnąć się w czasie, raz-dwa przeciąłbym ten łańcuch i ani przez chwilę nie martwiłbym się, że ten obraz nigdy nie powstanie.”

Zawsze jak mam pisać o tak sławnych i okrzykniętych sukcesem książkach, boję się, że cokolwiek jeszcze powiem – już było. Nie chcę powtarzać po innych, jakie to genialne dzieło. A zresztą, czy genialne? Bardzo dobre. To na pewno. Najnowsza powieść Donny Tartt dała mi wiele godzin przyjemności czytania, to książka którą warto poznać. Podobnie jak Miss Attitude obawiałam się, że powieść będzie przyciężkawa. Że odłożę ją, zniechęcona, po kilku próbach „przebrnięcia”. Nic z tych rzeczy. Powieść wciąga, a wydarzenia, choć niespieszne, absorbują umysl i po każdorazowej lekturze fragmentu, jeszcze długo myśli na jego temat kołatały mi się w głowie. A że nie potrafię o tym pisać… cóż, nauczka dla mnie, żeby następnym na bieżąco robić szczegółowe notatki 😉

Moja ocena: 8/10 (rewelacyjna)

 

 

Katarzyna Puzyńska – „Motylek”

226658-352x500

 W mroźny zimowy poranek na skraju mazurskiej wsi zostaje znalezione ciało zakonnicy. Początkowo wydaje się, że kobietę potrącił samochód. Szybko okazuje się jednak, że ktoś ją zabił i potem upozorował wypadek. Kilka dni później ginie kolejna osoba. Ofiary nie wydają się być ze sobą w żaden sposób związane.

Zaczyna się wyścig z czasem. Policja musi odnaleźć mordercę, zanim zginą następne kobiety.
Śledztwo ujawnia tajemnice mrocznej przeszłości zakonnicy, przy okazji odkrywając też mniejsze lub większe przewiny mieszkańców sielskiej – tylko na pozór – miejscowości.

/opis z lubimyczytac.pl/

Miss Attitude:

Jeszcze do niedawna nazwisko autorki nic mi nie mówiło, ot, kolejna polska autorka, do przeczytania „kiedyś tam”. Niezawodna Lolanta zaproponowała jeden z jej tytułów na listę Pingerowego Klubu Książki i to był strzał w dziesiątkę! Uwielbiam takie kryminały, a w trakcie czytania przewijały mi się głównie dwie myśli – „To jest polskie!” i „To naprawdę nie jest Jo Nesbo?”.

Choć przyznam, że początkowe rozdziały były tak bardzo typowe – rozwiedziona kobieta wyjeżdża do małego miasta, gdzie znajduje miłość/wplątuje się w kłopoty/jest uczestnikiem jakiejś grubszej sprawy. Tutaj mamy do czynienia z martwą zakonnicą, a tajemnicę jej śmierci próbuje rozwiązać czterech specyficznych policjantów z miejscowego posterunku. Wszystko wskazuje również na to, że w sprawę zamieszana jest bardzo bogata rodzina, w której każdy ma coś za uszami.

Książka przeplatana jest „flashbackami” z przeszłości, gdzie poznajemy historię tytułowego „Motylka” i coraz lepiej rozumiemy, co nim kierowało i jaki związek z zabójstwem zakonnicy miał syn lekarza. Nabiera tempa w momencie drugiego zabójstwa, którego trochę można się spodziewać, tak irytująca postać aż prosiła się o usunięcie.

Do tego wszystkiego Weronika i jej dworek, który wymaga renowacji, koń Lancelot.

Wypieki pani Podgórskiej, która trochę matkowała posterunkowym i wprowadzała rodzinną atmosferę.

Komisarz Klementyna Kopp, o której nie mogę nie wspomnieć! Jej „Ok, spoko, ale!” doprowadzało mnie do szału, choć była jedną z najbardziej wyrazistych postaci.

Każdy rozdział zostawiał za sobą pewien suspens, wątpliwość i pod osobę mordercy mogłam dopasować praktycznie każdego bohatera książki. Do końca nie rozszyfrowałam kto zabił, więc duży plus dla pani Puzyńskiej, a ja z pewnością nadrobię jej serię.

Moja ocena: 8/10

Lolanta:

Lipowo, niewielka miejscowość na Mazurach. Życie toczy się tu leniwie, lawirując miedzy jedną plotką a drugą. Społeczność raczej sobie przyjazna, choć podszyta niechęcią do obcych. Kiedy przyjeżdża nowa, Wiera, czarownica, która otworzyła sklep – wygryzając konkurencje, to i tak do niej chodzą, bo najbliżej. A przy tym wszystko wie, przecież w takim sklepiku to każdy coś opowie przy okazji… Ale to nie koniec nowości. Pojawia się też ksiądz, młody, przystojny. Z samej Warszawy. No i Weronika, ta rozwódka, co to chce stadninę otworzyć. Oj, dzieje, się, dzieje. Jest, o czym pogadać, a tu jeszcze ten blog o Lipowie. Teraz już nikt nic nie przegapi, choć wciąż nie wiadomo, kto go pisze. A wśród tego wszystkiego trup….

Z braku innych pomysłów Podgórski włączył komputer. Od jakiegoś czasu działała strona nasze-lipowo.blog.onet.pl, na której ktoś, najpewniej jeden z mieszkańców, opisywał wydarzenia mające miejsce we wsi. O dziwo, nikt nie wiedział, kto jest owym kronikarzem. Prawdopodobnie tajemnica dodawała jeszcze uroku plotkarskiej witrynie.

Ja wiedziałam, że to dobra książka, ale i tak miło mnie zaskoczył lekki styl autorki, budowanie bohaterów oraz napięcia. Katarzyna Puzyńska niespiesznie przedstawia nam każdą z postaci i społeczność, w której mieszkają, pozwalając polubić niektórych z nich, a nawet się do nich przywiązać. To nie są plastikowe postacie tylko ludzie z krwi i kości – mają zarówno zalety, jak i wady. Niektóre wyjątkowo nieznośne, ale czy my, też tacy nie jesteśmy? To dlatego mieszkańcy Lipowa wydają się prawdziwi.

Znacie ten rodzaj powieści, gdzie po całym dniu pracy, szkoły, czy innych zajęć nie możecie się doczekać powrotu do domu, żeby zasiąść do książki? Żeby tylko jak najszybciej znaleźć się w miejscu, w którym ostatnio zostawiliście bohaterów, jakby w zawieszeniu, czekających na Was? Tak właśnie pisze Puzyńska – swojsko, a jednocześnie z pazurem. Chcę więcej! Na szczęście, autorka napisała całą serię książek o Lipowie i jego mieszkańcach, a wszystkie równie miło grubaśne, więc to jeszcze nie koniec uczty…

Był tylko jeden zgrzyt, który, może i nie warto wspominać, ale skoro to ma być szczera opinia to chyba dobrze zamieścić. Tym bardziej, że niewielki i na opinii nie zaważył. Chodzi mi o to, że co kilka stron ktoś z kimś „przechodzi na ty”. Może to tylko moje spostrzeżenie i innych to nie razi, ale mnie trochę denerwowało, bo wydawało się nienaturalne.

Innych denerwować by mogła inspektor Klementyna Kopp. Jej dziwaczne zachowanie, jak i wygląd, mocno odstają od standardów przyjętych nie tylko w małym miasteczku, ale i w stolicy. Ja zaś panią Kropp bardzo polubiłam. Jej przerysowana maniera mocno przypadła mi do gustu i to między innymi dla tej pani będę chciała wrócić do Lipowa, bo chodzą słuchy, że zawita tam na dłużej 🙂

Czuję się jak gąsienica, która wkrótce się przepoczwarzy w cudowną istotę. Przepiękne kolory ukrytych dotychczas skrzydeł błysną, rozjaśniając szarość monotonnych dni. Zajmę miejsce Motylka. Stanę się Motylkiem. Nareszcie. Sama jej śmierć mi jednak nie wystarczy, liczy się też strach. To będzie prawdziwa kara. Przygotowuję ofiarę już od pewnego czasu. Cierpliwość to teraz moja główna cecha.

Moja ocena (w skali lubimyczytac.pl): 8/10 czyli rewelacyjna!

Stephen King – „Bezsenność”

352x500 (1)Bohaterem powieści jest mężczyzna cierpiący na bezsenność, Ralph Roberts. Im krócej sypia, tym dziwniej postrzega świat i ludzi wydaje mu się, ze zaczyna widzieć ich aury, a także tajemnicze istoty towarzyszące zgonom jego znajomych i przyjaciół. Tymczasem miasto jest rozrywane społecznymi zamieszkami spowodowanymi powstaniem szpitala, centrum opieki, w którym dokonuje się m.in. zabiegów aborcji. Inspirują je zrzeszeni w Pro-Life obrońcy życia nie narodzonych dzieci. Na czele ruchu stoi człowiek obłąkany, sadysta skazany za znęcanie się nad własną rodziną. Planuje on zamach na centrum i zgładzenie przebywających tam ludzi. Jest wśród nich chłopiec, w którego rękach spoczywa los wszechświata. Tylko Ralph dzięki swoim niezwykłym zdolnościom postrzegania może ich ocalić…

http://lubimyczytac.pl/ksiazka/171717/bezsennosc

Miss Attitude:

Uwielbiam Kinga, bo jest co uwielbiać. Potrafi podać najbardziej niewiarygodną historię w taki sposób, że jestem skłonna w to uwierzyć, ba!, zakochać się w bohaterach i z zapartym tchem śledzić ich losy. Dlatego ciężko mi przyznać, że ta książka jest dla mnie jedną z najsłabszych, jakie przeczytałam tego autora. Po jej przeczytaniu jestem skłonna uwierzyć w głosy ludzi, którzy twierdzą, że King jest zwyczajnie cholernie dobrym rzemieślnikiem. Bo tak, widać ogrom pracy przy tej książce, ale im głębiej, tym bardziej traci sens. Jest to ponad 600 stron historii, która nie porywa. Nie wiem, w którą stronę chciał iść King – czy miał być to horror (bo nie przestraszył w ŻADNYM momencie), czy thriller? Czekałam, aż historia nabierze rozpędu, ale snuła się, tak jak bohater – była nudna, a jej tytuł jest przekorny, no naprawdę mnie uśpiła. Recenzja krótka, ale nie mam nic więcej do dodania.. 

Lolanta:

„Bezsenność” zaczęłam czytać akurat w krótkim okresie, kiedy sama miałam problemy ze spaniem. Przewracanie się z boku na bok i brak snu tym bardziej skłaniały mnie do sięgnięcia po tę książkę i pewnie bym to zrobiła, nawet gdyby nie była liście PKK. Trochę się początkowo obawiałam, bo Miss Attitude mnie wyprzedziła i już zdążyła oznajmić, że wyjątkowo ta książka to raczej lek na bezsenność. A ona uwielbia Kinga! Zmartwiłam się, ale cóż, jedna książka, wiele opinii, trzeba przekonać się samemu. Myślę, że dla kogoś, kto nigdy nie miał problemów ze snem i ich nie rozumie, ta książka rzeczywiście może być trochę, (hmmm, aż mi dziwnie, że to mówię o Kingu), nudna. Początek jest niespieszny, główną postacią jest stary człowiek, czyli mało atrakcyjny z punktu widzenia czytelnika, bohater. Ralphowi zmarła żona, a on w ponad miesiąc od jej śmierci zaczął mieć problemy ze snem. A dokładniej to z budzeniem się. Codziennie o kilka minut wcześniej. Dzień w dzień. Albo raczej noc w noc. I zaczyna widzieć aury…

Trudno jest mi określić w jednoznaczny sposób tę powieść, bo jednocześnie mi się podobała i nie podobała. Chociaż… nie jednak z naciskiem na podobała. Dlaczego takie mieszane uczucia? Jak na mój gust było zbyt wiele powtórzeń tych samych aspektów, jakby King przestał wierzyć w swoich czytelników i postanowił powtarzać im do znudzenia pewne rzeczy aż zrozumieją, o co mu chodzi. Kiedy już wszystko mniej więcej staje się jasne, on dla pewności po raz kolejny tłumaczy jak to jest z tymi aurami, że są takie kolorowe. Przez te właśnie powtórzenia książka momentami nużyła, bo nikt nie chce czytać wciąż tego samego tylko ubranego w trochę inne słowa.

Z drugiej jednak strony, widać było, że autor bawi się „Bezsennością”. Dodaje coraz to nowsze, charakterystyczne dla niektórych jego powieści kosmiczne watki. Ja akurat nie jestem fanką tych jego „ufoków” (i nie, nie mam tu na myśli zielonych ludków), ale momentami zabawnie było za ich pomocą śledzić, jaką ścieżką biegnie umysł mistrza. Np. to jak nadaje swoim postaciom właściwości superbohaterów – odmładza ich i uposaża w umiejętności karate pochodzenia kosmicznego. W sumie… ciekawie by było zobaczyć „Bezsenność” jako komiks.

Moja ocena: 6/10 (dobra)

Ciekawa jestem, jak wy odebraliście „Bezsenność”