„O czym mówię, kiedy mówię o bieganiu” Haruki Murakami

W roku 1982 Haruki Murakami sprzedał jazzowy bar i poświęcił się pisaniu, a chcąc utrzymać się w formie, zaczął biegać. Po roku treningów przebiegł samodzielnie z Aten do Maratonu. Od tamtej pory zaliczył dziesiątki maratonów i kilka triatlonów, pisząc między wyczynami kilkanaście cieszących się ogromnym uznaniem książek. O czym mówię rozważa wpływ biegania na swoje życie i przede wszystkim na pisarstwo. Książka ta jest po części rejestrem treningów, dziennikiem intymnym, pamiętnikiem z podróży, a po części wspomnieniami. Obejmuje czteromiesięczny okres przygotowań do Maratonu Nowojorskiego z roku 2005. Świat Murakamiego oglądany przez soczewkę biegania jest na zmianę zabawny i otrzeźwiający, radosny i filozoficznie zadumany, ale nade wszystko odkrywczy – zarówno dla tych, którzy biegają i nie czytają i dla tych, którzy czytają i nie biegają.

/opis z lubimyczytac.pl/

Lolanta:

Nie jestem człowiekiem. Jestem maszyną. Niczego nie czuję. Po prostu zmierzam naprzód. Powtarzam to niczym mantrę.

Ze wszystkich propozycji PKK to książka, której najbardziej nie miałam ochoty czytać. Podczas głosowania w kategorii biografia/autobiografia/pamiętnik miałam wielką nadzieję, że akurat ta pozycja odpadnie i zajmiemy się czymś zupełnie innych. A że stało się inaczej, a ja obiecałam sobie czytać wszystkie książki z naszej listy, już na kilka tygodni przed terminem zabrałam się za czytanie. Najwyżej będę czytać po parę stron dziennie – myślałam – aż dotrę do końca. W końcu to niecałe 200 stron.

Dlaczego takie nastawienie? Haruki Murakami wydaje się być porządnym facetem i dobrze pisze (przeczytałam tylko dwie części „1Q84”), ale nie jestem nim na tyle zainteresowana, żeby zaraz czytać jego autobiografię. A tym bardziej tematyczną, dotyczącą biegania. „(…)chcę przedstawić w niej zebrane przeze mnie przemyślenia, dotyczące tego, czym dla mnie, jako człowieka, jest bieganie. To książka, w której tylko rozważam różne sprawy i głośno myślę.” Serio? Boszsz, jakie to nudne – kłębiło mi się w głowie. Może to jakiś żal przeze mnie przemawia, że ja sama nie mogę biegać, a kiedyś przecież lubiłam. Może to taka zwykła ludzka zazdrość kazała mi myśleć, że to będzie kiepska książka i nie warto się za nią zabierać.

Jednak w miarę czytania coraz bardziej się wciągałam.

Choć dla wielu z Was, tak jak i dla mnie, tematyka może wydać się nudna, nie zrażajcie się, bo to całkiem przystępnie napisana książka i jak się okazuje, wcale nie taka nudna 😉 Autor opisuje w niej swoje zmagania na polu sportowym, o książkach pisząc tak, jakby wychodziły spod piora bez największego problemu. To sport, zmuszanie się do codziennego treningu i pokonywanie kolejnych kilometrów sprawia mu najwięcej trudności. Ale też przynosi największą satysfakcję i napędza do życia, czy podejmowania kolejnych wyzwań.

Przez cały czas w trakcie czytania towarzyszył mi podziw dla tego człowieka, dla jego wytrwałości i konsekwencji czynów. Tego, że się nie poddaje tak łatwo, co może być inspiracja dla niejednego czytelnika. Samodyscyplina i pokonywanie własnych słabości nie jest mocna stroną wielu z nas, ale Murakami udowadnia, że tylko dzięki systematycznością uda nam się ją rozwinąć.

O czym myślę, biegnąc? Zazwyczaj zadają mi to pytanie Ludzie, którzy nigdy nie biegali na długich dystansach. Zawsze zastanawiam się nad nim głęboko. O czym dokładnie myślę, kiedy biegnę? Nie mam zielonego pojęcia. Kiedy jest zimno, chyba myślę o tym, że jest mi zimno. I o tym, że jest mi gorąco w gorące dni. Kiedy jestem smutny, myślę trochę o smutku. Kiedy jestem wesół, myślę trochę o radości. Jak już wspomniałem wcześniej, wracają też do mnie przypadkowe wspomnienia. A bardzo rzadko – tak rzadko, że szkoda o tym mówić wpadam na pomysł, który wykorzystuję w powieści. Mówiąc szczerze, kiedy biegnę, nie myślę o niczym wartym zapamiętania.

Po co ten tytuł? Przecież podważa go w tym cytacie? Może to tylko zwykła przekora.

Biegnąc, nic nie robię, tylko biegnę. Zasadniczo biegnę w pustce. Innymi stówy, biegnę po to, żeby osiągnąć pustkę. Ale jak można się spodziewać, w takiej pustce myśli kryją się naturalnie. To oczywiste. W ludzkim umyśle nie może istnieć całkowita pustka. Emocje ludzkie nie są wystarczająco silne ani zintegrowane, żeby dać sobie radę z prawdziwą nicością. Chodzi mi o to, że myśli i idee, które wpływają na moje emocje, gdy biegnę, są podporządkowane pustce. Ponieważ brakuje im treści, są przypadkowymi myślami gromadzącymi się wokół pustki znajdującej się w środku.

Jak na mój gust i tę pustkę myślową, którą deklaruje autor, było trochę za dużo filozofowania, ale ogólnie, ta niewielkich rozmiarów książeczka, nie była wcale tak mało interesująca, jak mi się początkowo wydawało. Murakami potrafi umotywować nie tylko biegaczy, ale należy przeczytać do końca, żeby w pełni zrozumieć analogię między bieganiem, a pisaniem 😉

Moja ocena: 6/10 (dobra)

Miss Attitude:

Jest to moje pierwsze spotkanie z Haruki Murakami. Zawsze sądziłam jednak, że będzie to Norwegian Wood, a nie książka o bieganiu, skoro biegania nienawidzę. Podeszłam do tej lektury trochę sceptycznie, no bo hello, nudzą mnie krótkie artykuły na temat zbawienności biegania nawet na rozwój żuczków gnojowników, a tutaj cała książka?

Ten japoński pisarz ujął mnie swoimi przemyśleniami. Miałam wrażenie, że mówi i myśli, jak ja, chociaż nigdy nie przebiegłam maratonu i biegać „byłam” raz i to dawno.

To, że jestem mną i nikim innym, jest jednym z moich największych walorów. Emocjonalne rany są ceną, którą płaci się za bycie niezależnym.

Ta książka sama w sobie była taka prosta i orzeźwiająca, dziwiłam się wręcz, że sama nie wpadłam na pewne myśli, że czaiły się we mnie, czułam je na końcu języka, ale nie umiałam tych myśli nazwać. A Murakami umiał. Zawsze będę podziwiała ludzi, którzy codziennie próbują pokonać własne słabości, walczą z codziennością i robią to w przekonujący, szczery sposób.

Być może w ustach osoby w moim wieku zabrzmi to trochę głupio, ale chcę, żeby wszystko było jasne: należę do ludzi, którzy lubią być sami. Podkreślę to raz jeszcze: jestem osobą, która nie cierpi z powodu samotności. Godzina lub dwie codziennego samotnego biegania, podczas którego z nikim nie rozmawiam, oraz kolejne cztery czy pięć godzin samotnego siedzenia za biurkiem nie są dla mnie ani trudne, ani nużące. Mam taką skłonność od najwcześniejszych lat, kiedy – mając wybór – znacznie bardziej wolałem czytać samotnie książki albo słuchać w skupieniu muzyki, niż spotykać się z innymi. Zawsze mam mnóstwo pomysłów na to, co mogę robić sam.

Spostrzegawcze, inteligentne, ale zarazem proste postrzeganie świata jest czymś, co ujęło mnie u tego japońskiego pisarza. Z pewnością sięgnę po inne tytuły i nie żałuję, że na pierwszy ogień poszła książka o przewrotnym tytule.

Ludzie niekiedy szydzą z trenujących codziennie, twierdząc, że niektórzy są gotowi zrobić wszystko, byle tylko przedłużyć sobie życie. Moim zdaniem część z nas biega wcale nie dlatego, że chce żyć dłużej, ale dlatego, żeby przeżyć życie najpełniej. Jeśli mamy przed sobą długie lata, znacznie lepiej jest przeżyć je z jasno wytyczonymi celami i najpełniej jak można, a nie we mgle.

 

 

 

Reklamy

Margaret Mitchell – notka biograficzna

Margaret Munnerlyn Mitchell urodziła się w 1900 roku w Atlancie, gdzie umieściła większość wydarzeń Przeminęło z wiatrem. Pradziadek pisarki pochodził z katolików irlandzkich i osiedlił się na plantacji w Jonesboro. Annie, jedna z jego 7 córek, wyszła za Johna Sephensa, który także wyemigrował z Irlandii i wraz z nim zamieszkała w Atlancie. Siódme z nich 12 potomków, Mary Isobel, wzięła sobie za męża Eugene’a Muse Mitchell, z którym miała dwójkę dzieci: Stephensa i Margaret Munnerlyn.

Mała Margaret tworzyła wspaniałe historie od najmłodszych lat; jeszcze zanim nauczyła się pisać – dyktowała je swojej matce. Później, gdy zamieszkała na ulicy Brzoskwiniowej, (właśnie tam mieścił się dom ciotki Pittypat, gdzie Scarlett i Melę zastała wojna secesyjna), sama tworzyła małe książeczki z tekturowymi okładkami, w których opisywała przygody własne i swoich przyjaciół. Kilka z nich zachowało się do dziś.

Pisarka już w szkole angażowała się w zajęcia wymagające pisania, jak redakcja gazetki, czy rocznika szkoły. Udzielała się także w kółku teatralnym, grała napisane przez siebie sztuki. W 1918 roku wstąpiła do Smith College w Northhampton w Massachusett. Kiedy wybuchła epidemia grypy, młoda Peggy, ponaglana wieścią o chorobie matki, wróciła do domu. Spóźniła się o jeden dzień – jej matka zmarła. Peggy ukończyła szkołę i wróciła, aby zająć miejsce pani domu w rodzinnej Atlancie. Podczas ostatniego z balów charytatywnych wywołała skandal tańcząc zmysłowy taniec prosto z paryskich salonów. (Coś wam te wydarzenia przypominają? ;))

Pierwsze małżeństwo pisarki z Berrien Kinnard Upshaw było nieudane i anulowano jej po dwóch latach. Wkrótce wyszła za mąż po raz drugi, za Johna Roberta Marsha. Mitchell pisała dla Atlanta Journal Sunday Magazine, a gdy 041615_0814_MargaretMit2.jpgw 1926 roku znalazła się na przymusowym zwolnieniu z powodu złamanej kostki, z nudów zaczęła pisać Przeminęło z wiatrem. Utrzymywała ten fakt w sekrecie aż do 1935 roku, kiedy to H.S. Latham, wiceprezydent wydawnictwa McMillan Company przyjechał do Atlanty, w poszukiwaniu nowych, zdolnych autorów. W tym celu spotkał się z dwiema dziennikarkami, M. Mitchell i Panią Medorą Perkerson. Kiedy obie panie wysunęły propozycje autorów, których pan Latham powinien poznać, Medorze wyrwało się: Peggy też napisała książkę. Peggy nie była zadowolona z takiego obrotu spraw, zbagatelizowała sprawę i oznajmiła, że książka nie jest skończona. Dopiero wieczorem zmieniła zdanie i udała się z rękopisem do Lathama.

Autorka w wywiadzie ze zdradziecką Medorą 😉 w 1936 roku na temat Gone with the wind powiedziała: „My novel is the story of a girl named Scarlett O’Hara, who lived in Atlanta during the Civil War and the days of Reconstruction. The book isn’t strictly a book about the war, nor is it a historical novel. It’s about the effect of the Civil War on a set of characters who lived in Atlanta at that time.” (całość możecie przeczytać tutaj)

041615_0814_MargaretMit3.jpgPierwotnie, główna bohaterka miała nazywać się Pansy, (och, dzięki Ci, Peggy, że to zmieniłaś), a powieść miała mieć zupełnie inny tytuł. Jednym z pomysłów był „Tomorow is another day” – charakterystyczne powiedzenie często używane przez Scarlett, gdy miała jakieś zmartwienie, a nie chciała się nim w tym momencie zajmować. Wreszcie Gone with the wind zostało wydane w 1936 roku, miało 1937 stron i kosztowało trzy dolary od sztuki 😉 Książka przyniosła autorce zasłużona sławę, została przetłumaczona na 27 języków, zdobyła nagrody takie jak: National Book Award, Nagrode Pulitzera w 1937 roku, a w 1939 została zekranizowana w reżyserii Victora Fleminga.

To była jedyna powieść, jaką wydała Margaret Mitchell. Zmarła w 1949 roku, wyniku obrażeń po wypadku drogowym.

Zebrała i opracowała na podstawie: American Masters, Bio., NY Times

Lolanta

P.S. Pamiętacie, że o Przeminęło z wiatrem będziemy mówić już za dwa dni? 🙂