„Czarne skrzydła” Sue Monk Kidd

Sarah Grimké jest środkową córką sędziego sądu najwyższego Karoliny Południowej, plantatora zaliczanego do elity Charlestone. Matka nazywa ją odmienną, ojciec twierdzi, że jest wyjątkowa. Na swoje 11 urodziny dostaje niecodzienny prezent – wyciągniętą z czworaków i obwiązaną lawendowymi wstążkami czarnoskórą Hetty, zwaną Szelmą. Sarah nie chce „takiego prezentu”, czuje, że drugiego człowieka nie można posiadać… To dopiero początek jej problemów.

Inspirowana prawdziwymi wydarzeniami, wspaniała powieść, która prowadzi nas w głąb do korzeni stanów południowych Ameryki, ukazując świat szokujących kontrastów, gdzie piękno współistnieje z brzydotą, a prawość towarzyszy, na co dzień okrucieństwu. To nowe spojrzenie na problem niewolnictwa, niezwykła pochwała siły przyjaźni i siostrzanej miłości, wbrew wszelkim przeciwnościom losu, świadectwo walki o wolność i prawo do głosu. Od początku z humorem, choć wydarzenia do wesołych nie należą.

Opis za: http://lubimyczytac.pl/ksiazka/228641/czarne-skrzydla

Lolanta: 

Jeden mam umysł, który zna mój pan. I drugi mam umysł, tam jestem ja sam.

Po Sekretnym życiu pszczół obawiałam się, że Sue Monk Kidd nie da rady napisać lepszej książki, dotyczącej kobiet, bez ocierania się o tanie romansidło, albo wstawiania pompatycznych cytatów. Całe szczęście, że się myliłam.

Powieść napisana jest w narracji pierwszoosobowej, naprzemiennie: Hetty, czyli Szelma, czarnoskóra, zuchwała niewolnica, oraz jej Panipanienka Sara. Pozwala to na jednoczesną obserwację wydarzeń z obu stron, co według mnie jest bardzo na plus. Od pierwszej chwili, kiedy matka podarowuje Sarze niewolnicę, dziewczynka odrzuca ją. Przeciwna niewolnictwu, uważa, że nie można tak po prostu podarować komuś drugiego człowieka. Na dodatek z absurdalną lawendową kokardką na szyi. Jednak 10-latki, zwykle nie maja prawa głosu, (albo nie miały na początku 19 wieku) i Sara nie ma innego wyjścia jak przyjąć Szelmę. Nie traktuje jej jednak jak służąca, zaprzyjaźnia się, a nawet, wbrew prawu, uczy ją czytać i pisać.

Zgodnie z literą prawa niewolnik był w trzech piątych człowiekiem. Dotarło do mnie, że równie dobrze mogłam proklamować równość warzyw i zwierząt, zwierząt i ludzi, kobiet i mężczyzn, mężczyzn i aniołów. Postawiłam boski ład na głowie.

Czarne skrzydła charakteryzują się niezwykłą atmosferą; z jednej strony, dziecięcej beztroski, z drugiej totalnej bezsilności, pasywności i czekaniu na najgorsze. Dziewczynki, choć dorastają razem, są zupełnie różne od siebie i jednocześnie, będąc pod tym samym dachem, dorastają w różnych środowiskach. Sara, przy apodyktycznej matce i biernym ojcu, który kiedyś rozpalił w niej nieosiągalne pragnienia pójścia w jego ślady i zostanie prawnikiem. Szelma, pozbawiona wolności, w cieniu kochającej matki, która nauczyła ją nie tylko jak zarabiać na siebie życiem, ale też oporu, wobec własnego losu i tego, co zgotowali im inni ludzie, w tym wypadku, oczywiście biali. Nie chciała, żeby córka tak po prostu przyjęła swoją dolę bez protestu, chciała, żeby umiała się mu przeciwstawić w miarę swoich możliwości.

Nie da się tu też nie wspomnieć o późniejszej walce Sary oraz jej siostry o zniesienie niewolnictwa. Nie będę się jednak na ten temat rozwodzić, część na pewno znacie z historii, a reszty dowiecie się z książki. Niech zachętą będzie fakt, że panny Grimké naprawdę istniały, mieszkały w Charlstonie i walczyły zaciekle. Autorka książki przyznaje, że trochę podkolorowała rzeczywistość na potrzeby powieści, pozmieniała niektóre fakty, a wyjaśnienie, dlaczego, umieściła w dość obszernym posłowiu.

Czarne skrzydła warto przeczytać nie tylko dla Ameryki XIX wieku, historii niewolnictwa, czy ruchu abolicjonistycznego. To opowieść o przyjaźni dwóch, mocno różniących się kobiet, dążeniu do wolności, nie tylko fizycznej, ale też psychicznej, podążaniu własna ścieżką, nawet mimo przeciwnościom losu. Czytając czułam jak na mojej twarzy pojawiają się coraz większe rumieńce. I wcale nie, dlatego, że czytałam w czasie choroby, ale dlatego, że aż tak się emocjonowałam ostatnimi stronami, na których Sara i Nina przechodzą do czynów.

Bardzo, bardzo polecam.

Moja ocena wg skali lubimyczytac.pl: 8/10 czyli rewelacyjna.

Miss Attitude:

„Człowiek buntuje się w każdy możliwy sposób”

Sue Monk Kidd poznałam jako autorkę wspaniałego „Sekretnego życia pszczół” – powieści, do której wracałam kilkakrotnie, ciągle poznając ją na nowo i im starsza byłam, tym częściej zwracałąm uwagę na inne szczegóły czy wartości. Natomiast „Opactwo świętego grzechu” raczej mnie rozczarowało i nie miało w sobie tego szczególnego klimatu, do którego przyzwyczaiła mnie autorka.

Prawda jest taka, że uwielbiam temat amerykańskiego niewolnictwa, fascynuje mnie Południe tamtych czasów, a serial „Północ-Południe” oglądałam kiedyś z wypiekami na twarzy w niedzielne popołudnia. Sue Monk Kidd trafiła więc do mnie już opisem powieści.

Narracja pierwszoosobowa prowadzi nas przez wydarzenia, które dotyczą Szelmy, czyli czarnoskórej niewolnicy, która jest zuchwała i sprytna, oraz jej właścielki, czyli panienki Sary. Panienka Sara nie jest taka, jak inni z jej otoczenia – nie chce mieć niewolnicy, nie uważa jej za swoją własność i obiecuje jej matce, że kiedyś zwróci jej wolność. Uczy ją czytać i pisać, co w pewien sposób pomaga w zrealizowaniu tego planu..

Jest to w gruncie rzeczy opowieść o dwóch niewolnicach – Szelma była zniewolona fizycznie, nie mogła decydować sama o sobie, natomiast panienka Sara była niewolnicą swoich czasów i wyobrażenia o kobietach z Południa – cichych, spokojnych, uzależnionych od mężczyzn, bez prawa głosu, całkowicie podporządkowanych panującym zasadom społecznym.

Mimo tego, że wiele je dzieli, te dwie niezwykłe kobiety połączyła przyjaźń, a to, co je łączyło, to pragnienie wolności, trochę butna natura i marzenia, w które wierzyły i które spełniały.

Moja ocena: 8/10, nie przebiła jednak „Służących” i „Domu służących” (tę pierwszą nie muszę nikomu polecać, ale drugą za to serdecznie, wręcz namawiam do czytania!).

Reklamy