Zadie Smith “Londyn NW”

Leah, Natalie, Nathan i Felix – cztery postacie, cztery historie, cztery oblicza Londynu.

Leah jest w samym środku egzystencjalnego kryzysu – kłopoty z mężczyzną, matką i pracą nie ułatwiają jej życia. Jej przyjaciółka Nathalie nie wiadomo kiedy zamieniła się w sfrustrowaną matkę, choć niegdyś była przebojową prawniczką. Nathan, obiekt ich dziewczęcych westchnień, dziś jest kloszardem i narkomanem. A Felix, niezrealizowany filmowiec i życiowy nieudacznik ginie w przypadkowej bójce. Łączy ich jedno – NW, czyli północno-zachodni Londyn. Stamtąd pochodzą, tam dorastali.

„NW” to przenikliwa powieść o współczesnych londyńczykach skazanych na samotność. Ludzkie więzi, uczucia, relacje, powiązania i kontakty – to prawdziwa mapa tego miasta. Londyn w powieści Zadie Smith to nie tylko miejsce, w którym sama dorastała, to centrum świata, pełne mieszających się kultur, jezyków, tradycji i wartości. Centrum świata, w którym najtrudniej jest odnaleźć drugiego człowieka.

/opis z lubimyczytac.pl/

Lolanta:
„Londyn NW” Zadie Smith chodziło za mną już od dawna, kupiłam ebooka prawie rok temu i jakoś do tej pory nie mogłam się za nią zabrać, mimo wielu pozytywnych recenzji. Podobnie jak z czytaniem, ciężko mi też było sklecić te parę słów recenzji.

Leah jest lojalna wobec tych trzech kilometrów kwadratowych miasta tak jak inni wobec rodziny lub ojczyzny. Zna okoliczną mowę, wie, że słowo kurwa – tutaj – jest tylko rytmem wybijanym w zdaniu.

To nie jest zwyczajna książka. Zadie eksperymentuje w niej z rożnymi stylami pisarskimi, wprowadzając dzięki temu różnorodność, ale jednocześnie, według mnie lekki zamęt, co nie do końca do mnie przemawia. Żadna z części nie jest do siebie podobna, to jakby 3 osobne nowele. Historie zawarte w powieści to wycinki z życia kilku młodych ludzi, skrawki, które splątane są ze sobą nawzajem, tym samym, są w jakiś sposób od siebie zależne, a jednak stanowią jedna całość. Bohaterami są ludzie bardzo różnorodni, którym powiodło się lepiej, lub mniej. Łączy ich dzielnica w północno-zachodnim Londynie, w której mieszkają, ta sama szkoła, podwórko. Zmagają się, każdy z zupełnie innymi problemami, z których nie wiedzą jak wybrnąć. Nie zaprzyjaźniłam się z żadną z postaci, dlatego chyba nie poczułam do tej książki jakiejś większej mięty. Najbliżej mi było do polubienia Leah, ale to było bardzo ulotne uczucie.

Nic w dzieciństwie Leah nie przygotowało jej do częstotliwości, z jaką teraz bierze udział w proszonych kolacjach, przeważnie w domu Natalie, gdzie zaprasza się ją i Michela, aby zapewnić gościom element kolorytu lokalnego. Żadne z nich nie wie, o czym rozmawiać z adwokatami i bankowcami ani z pojawiającymi się od czasu do czasu sędziami. Natalie nie może uwierzyć, że czują się onieśmieleni. Za każdym razem przypisuje to złemu usadzeniu gości, ale skrępowanie nie znika.

(…)

bo Natalie nie znosiła wyjazdów – wolała pracować. Tak naprawdę wspólnie spędzali jedynie weekendy w obecności znajomych, a na nich sprawiali wrażenie świeżych i dynamicznych (mieli zaledwie po trzydzieści lat) oraz tryskających jak dawniej humorem, niczym duet, który rozmawia ze sobą tylko na scenie.

Czy mi się podobało? TAK

Czy mnie zachwyciło? Z nóg mnie nie zwaliło, niestety :/

Moja ocena wg skali lubimyczytac.pl: 6+/10 (dobra)

Miss Attitude:

Zadie Smith jest ikoną brytyjskiego pisarstwa, więc nie mogłam się doczekać pierwszego zetknięcia z lekturą jej książki. Przeniosła nas do dzielnicy Londynu, którą zna od podszewki, co czuć, gdy odkrywamy każdy kolejny jej zakamarek. Bohaterowie są wyraziści, przesiąknięci dzielnicą, w której mieszkają, z której się wywodzą.

Autorka miesza style i tak – pierwsza część, o Leah jest napisana w tak chaotyczny i okropny sposób, że zniechęciła mnie do czytania na długie tygodnie. Druga część napisana jest już zgrabnie i toczy się, jak prawdziwa opowieść, co mi się podobało.

Bohaterów nie da się lubić. Są charakterystyczni, nie są miałcy, ale każdy z nich mnie wkurwiał. Jasne, los ciężko się z niektórymi z nich obszedł, każdy wydawał się mieć pod górkę, na siłę chcieli udowodnić, że miejsce pochodzenia ich nie definiuje, ale gdzieś ciągle kołatała mi się myśl, żeby wzięli się w garść! Bóle egzystencjalne nie wiadomego pochodzenia u ludzi, którzy dawno powinni być poskładani, to nie dla mnie.

Ale umęczyłam się okrutnie przy czytaniu.. Z pewnością sięgnę jeszcze po jakąś jej pozycję, ale tego pierwszego spotkania z nią nie uważam za udane.

Czytałam wiele recenzji tej książki i każda z nich wydawała mi się być lepsza od samej książki.

Ostatnią rzeczą, jakiej potrzebuje tonący, jest drugi tonący, który się go chwyta.

Moja ocena – 5/10